Zacisnęła zęby:
„Po co tyle włosów? Żeby przyciągać innych mężczyzn? Obcinam je wszystkie, żebyś wiedział, co to upokorzenie!”
Dźwięk nożyczek ścinających moje włosy rozniósł się echem po całym domu. Łzy mnie dusiły, ale ona nie przestawała.
Po przecięciu zmusiła mnie do wzięcia małej torby z moimi rzeczami:
„Od teraz idziesz do klasztoru. Nie chcę w domu bezwstydnej kobiety!”
Upadłem na kolana i błagałem:
„Mamo, proszę… Nie zrobiłem nic złego…”
Ale ona odwróciła się i odeszła, zostawiając mnie drżącego na podwórku. Złapałem torbę i wyszedłem przez drzwi domu Carlosa, podczas gdy sąsiedzi szemrali i gapili się na mnie.
Zaczął lekko padać deszcz, a chłód przenikał mnie do szpiku kości. Nie wiedziałem, dokąd iść; pamiętałem tylko, co powiedziała: „Do klasztoru”. Poszedłem więc do małego klasztoru na skraju miasta.
Zakonnica, która mnie przewodziła, spojrzała na mnie ze współczuciem i pozwoliła mi zostać w kuchni. Z rozczochranymi włosami i opuchniętymi od płaczu oczami, stałam się tematem rozmów w całym mieście.
Podczas pobytu w klasztorze pomagałam siostrze sprzątać, gotować i uprawiać warzywa. Nikt mnie nie beształ ani nie krytykował; tylko dźwięk dzwonka i zapach kadzidła dawały mi ukojenie.
Zakonnica mi poradziła:
„Nie chowaj urazy. Urazy tylko pogłębią twoje cierpienie. Żyj dobrze, a czas odpowie każdemu.”
Słuchałam i zaczęłam się uspokajać. Zapisałam się na kurs szycia w mieście; uczyłam się rano, a popołudniami pracowałam w klasztorze.
Trzy miesiące później szyłam już piękne ubrania, które sprzedawałam turystom odwiedzającym klasztor. Stopniowo otwierałam mały sklepik przy wejściu do klasztoru i zarabiałam na stałe.
Carlos czasami potajemnie do mnie przychodził. Płakał i błagał, żebym wróciła do domu, ale ja tylko pokręciłam głową:
„Nie wrócę, dopóki twoja matka nie zrozumie.”
Spuścił głowę, czując bezsilność.
Pewnego deszczowego popołudnia Doña Teresa stanęła przed wejściem do klasztoru. Była chudsza, a jej włosy siwieły. Kiedy mnie zobaczyła, uklękła ze łzami w oczach: