Przenoszą na nas swoje lęki i niepewności. Mylą kontrolę z troską, krytykę z troską. Ale nie musimy akceptować ich wersji siebie. Możemy się przeciwstawić. Możemy domagać się, by postrzegano nas takimi, jakimi naprawdę jesteśmy. I czasami, nie zawsze, ale czasami, w końcu otworzą oczy. Kiedy wychodzimy razem z mamą z ceremonii, bierze mnie pod rękę.
„Kapitan Hanks” – mówi z lekkim uśmiechem. „To brzmi nieźle”. „Tak. Zgadzam się. Przepraszam, że nie zauważyłam tego wcześniej”. „Wiem. Wybaczysz mi?” Myślę o tym pytaniu o wszystkie lata krytyki, kpin i założeń o bólu, wściekłości i wyczerpaniu związanym z prowadzeniem dwóch oddzielnych żyć.
A potem myślę o tej chwili, gdy siedziała na widowni i bił mi brawo za to, że próbuje się zmienić, choć niedoskonale. Pracuję nad tym. Mówię szczerze, że oboje nad tym pracujemy. Kiwa głową. To uczciwe. Idziemy na parking w komfortowej ciszy. Zanim się rozstaniemy, przytula mnie. Tym razem to prawdziwy uścisk, nie ten sztywny, teatralny.
„Kocham cię” – mówi. „Powinienem był to częściej mówić”. „Ja też cię kocham, mamo”. Wsiada do samochodu i odjeżdża. Stoję tam przez chwilę, patrząc, jak jej tylne światła znikają w ruchu ulicznym, i coś sobie uświadamiam. Jestem wolny. Wolny od potrzeby ukrywania się. Wolny od ciężaru jej oczekiwań.
Wolna od wściekłości, która mnie zżerała żywcem. Jestem kapitan Emily Hanks, Armia Stanów Zjednoczonych. 16 lat służby i wciąż trwa. I po raz pierwszy od bardzo dawna…