Na zewnątrz słońce prażyło mocno i czysto. Reporter zawołał, pytając, czy czuję się usprawiedliwiony. Nikt nie wygrywa, powiedziałem, kiedy prawda musi walczyć z własną rodziną. Zszedłem po schodach sądu. Wiatr unosił pustynny kurz wokół mnie, złoty i nieważki. Nie czułem się triumfalnie, po prostu nieruchomo. Sprawiedliwość nie zawsze przynosi radość.
Czasami po prostu pozwala ci znów odetchnąć. Prawie rok później wciąż jestem w starym domu w Rio Bravo. Odbudowałem pas startowy mojego ojca, nie po to, by latać, ale by zasadzić rzędy białych stokrotek wzdłuż spękanego betonu. Kiedy wiatr przez nie przechodzi, falują jak fale na piasku. Eddie Vega wpadł dziś rano. Przyniósł list, który zostawił mi jego ojciec.
Pismo lekko przechyliło się w prawo. Atrament wyblakł, ale dla Sienny był stabilny. Dowód na to, że niektóre wojny toczą się na papierze, ale jedna w milczeniu. Przeczytałem to dwa razy, a potem uniosłem wzrok ku horyzontowi. Słońce zachodziło nisko, rozlewając złoto po pustyni. Światło, które nie prosi o pozwolenie, by być prawdziwe.
Wyrzeźbiłem mały drewniany znak i postawiłem go na skraju pasa startowego. Honor nie jest dany raz na zawsze. On przetrwał. Potem usiadłem z filiżanką kawy, słuchając szumu wiatru w kwiatach. Żadnych młotków, żadnych silników, tylko pustynne powietrze i powolny rytm mojego serca. Mój ojciec powiedział mi kiedyś: „Nie lecisz, żeby uciec od ziemi. Lecisz, żeby zobaczyć ją w spokoju”. Miał rację.