Mój mąż wyjechał w podróż służbową, zostawiając pod moją opieką całkowicie sparaliżowanego pasierba. W chwili, gdy jego samochód zniknął mi z oczu, mój pasierb zeskoczył z wózka inwalidzkiego i wyłączył przeciekający piecyk gazowy. Powiedział mi…

Mój telefon leżący na stole zawibrował teatralnie.

Sięgnąłem po to.

Nowa wiadomość od mojego męża: Kochanie, co się dzieje? Widzę cię na kamerze. Krzyczysz. Źle ci? Jeśli masz zawroty głowy, spróbuj po prostu spać na kanapie. Nie złość się na Leo. Straszysz go. I nie otwieraj drzwi, dobrze? To niebezpieczne. Wrócę do domu tak szybko, jak tylko będę mógł. Utknąłem w korku.

Przeczytałem wiadomość drżącymi rękami.

On to widział.

Oglądał program.

A co najstraszniejsze, kazał mi po prostu spać i nie otwierać drzwi — subtelna instrukcja, żebym wdychał wszystko, co pozostało w powietrzu, dopóki się nie obudzę.

Leo, wciąż szlochający na wózku inwalidzkim, powoli się uspokoił, gdy zobaczył, że odkładam telefon. Spojrzał na mnie zaszyfrowanym wzrokiem, zerkając w lewo.

Poszedłem za jego wzrokiem.

Wskazał na korytarz prowadzący do kuchni gospodarczej i nieużywanej łazienki dla służby. Z dala od wzroku Leo bezgłośnie wyszeptał: Bezpiecznie.

Lekko skinąłem głową.

Nadal czując zawroty głowy, wstałem.

„Będę wymiotować” – jęknęłam głośno. „Zejdź mi z drogi, Leo”.

Pobiegłem w stronę tylnego korytarza, poza pole widzenia kamery.

W chwili, gdy dotarłem do drzwi małej, wilgotnej łazienki dla służby, Leo wtoczył się tam z prędkością błyskawicy. Oboje wślizgnęliśmy się do środka, a Leo natychmiast przesunął zamek.

W maleńkim pokoju o wymiarach sześć na sześć stóp, w którym unosił się zapach naftaliny, nasze maski w końcu opadły. Osunęłam się na podłogę obok suchej wanny, szlochając niekontrolowanie – ale bezgłośnie.

„Przepraszam bardzo, Leo. Przepraszam, że cię uderzyłem.”

Leo zignorował moje przeprosiny. Był zajęty wyciąganiem cienkiego tabletu z ukrytej przegródki, którą ukrył za oparciem wózka inwalidzkiego. Jego małe paluszki śmigały po ekranie.

„Oszczędź sobie łez, mamo” – powiedział chłodno, choć jego policzek wciąż był czerwony od mojej dłoni. „Będą ci potrzebne później. Teraz spójrz na to”.

Leo wcisnął mi tablet w twarz.

„Od miesiąca włamuję się do jego zsynchronizowanych wiadomości i przechowuję kopie. Wiedziałem, że coś planuje, ale nigdy nie udało mi się tego udowodnić aż do dzisiaj. Popełnił fatalny błąd, nie wyłączając synchronizacji danych na tym starym tablecie”.

Na ekranie wyświetliła się znajoma zielona aplikacja do przesyłania wiadomości.

Nie była to rozmowa z klientem ani współpracownikiem.

To była intensywna rozmowa z osobą o imieniu Jessica: Interior Design.

Moje oczy przesuwały się po linijkach tekstu, a każde słowo uderzało mnie w pierś mocniej niż młot.

Ethan, przewód gazowy jest poluzowany. Głupiec i idiota są zamknięci w środku. Wychodzę, udając, że jadę w podróż służbową, którą wysłałeś dwie godziny temu.

Jessica, jesteś pewna, że ​​to bezpieczne, kochanie? A co, jeśli się nie uda? Nie chcę dłużej czekać, aż będziesz cała dla siebie. Już zarezerwowałam bilety do Paryża na przyszły tydzień.

Ethan, spokojnie, kochanie. Clara jest naiwna. Niczego nie będzie podejrzewać. Nawet jeśli nie zgaśnie od gazu, zemdleje i niechcący przewróci tę aromaterapeutyczną świecę, którą zapaliłem na stoliku. Dom pójdzie z dymem. Spieniężymy ubezpieczenie. Weźmiemy ślub w Europie. Żegnaj ubóstwie.

Jessica. Haha. Jesteś taka zła. Ale to kocham. Kocham cię.

Mój przyszły bogaty mąż.

Ethan. Kocham cię jeszcze bardziej. Tylko bądź cierpliwy. Za jakąś godzinę powinniśmy dostać powiadomienie o pożarze domu.

Pod rozmową znajdowało się zdjęcie, które właśnie wysłała Jessica.

Zdjęcie testu ciążowego z dwiema różowymi liniami.

Jessico, mały bonus dla Ciebie. Junior jest w drodze.

Świat pociemniał.

Moja miłość, moje dwuletnie oddanie, moja szczera opieka nad jego synem — wszystko to zostało nagrodzone spiskiem tak ohydnym, że nie potrafię znaleźć odpowiednich słów, aby go opisać.

Nie chciał mnie zaprosić na randkę tylko dla pieniędzy.

Chciał mnie wymazać i zastąpić inną kobietą i ich nowym dzieckiem.

I nazwał Leo, swojego syna, idiotą.

Ucisk w piersi nie był już oznaką smutku.

Przekształciło się w coś innego – coś gorącego, palącego i ostrego.

Wpatrywałam się w ekran, wypalając w pamięci każde ohydne słowo. Łzy przestały płynąć. Mój nierówny oddech stał się spokojny, ale ciężki i głęboki.

„Mamo” – zawołał cicho Leo, być może przestraszony moim nagłym, sztywnym wyrazem twarzy.

Odwróciłam się, żeby spojrzeć na mojego pasierba.

Łagodna i uległa Klara odeszła.

Nieśmiała, posłuszna Klara zniknęła.

„Leo” – powiedziałem.

Mój głos był niski, wibrował nie strachem, lecz nowo narodzoną zemstą. „Czy ta tablica może nas teraz nagrać?”

Leo skinął głową, zdezorientowany. „Tak. Dlaczego?”

„Nagraj mnie” – rozkazałem.

Otarłam ostatnie łzy z policzków.

„Dzisiaj nie umieramy” – powiedziałem, każde słowo było przemyślane. „I nie uciekamy”.

Zaciskałem pięści, aż paznokcie wbijały mi się w dłonie.

„Chce, żeby ten dom spłonął. Dobrze. Damy mu ogień, którego nigdy nie zapomni”.

Wyjście z tej małej łazienki przypominało powrót na pole bitwy bez zbroi. Zapach gazu prawie się ulotnił, ale smród zdrady wypełniał teraz każdy kąt domu.

„Pamiętaj, mamo” – wyszeptał Leo, szarpiąc mnie za rękaw. „Nie jesteś silna, Claro. Kręci ci się w głowie, jesteś półprzytomna. Niech twoje oczy się zaszkliją. Nie skupiaj się na kamerze”.

Słabo skinąłem głową.

Nogi niosły mnie niepewnie w stronę sofy w salonie – naszej sceny. Rozczochrałam włosy, pozwalając kilku kosmykom przykleić się do spoconego czoła. Twarz zbladła mi już bez żadnego wysiłku; świadomość, że mąż chce, żebym odeszła, sprawiła, że ​​krew odpłynęła mi z policzków.

Właśnie opadłem na kanapę, gdy telefon na stole zawibrował. Specjalny dzwonek, który kiedyś przyprawiał mnie o szybsze bicie serca, teraz brzmiał jak syrena.

Rozmowa wideo z moim mężem.

„On dzwoni” – syknęłam w panice.

„Odpowiedz” – rozkazał Leo.

Szybko przesunął wózek tuż za mną, wracając do trybu zepsutej lalki.

Moja ręka drżała, gdy naciskałem zieloną ikonę aparatu.

Na sześciocalowym ekranie pojawiła się twarz Ethana. Siedział w samochodzie, a autostrada rozmywała się za nim. Jego twarz – Boże, ta twarz – wciąż była tak przystojna, ozdobiona wyrazem troski tak przekonującym, że gdybym nie przeczytała jego potwornych wiadomości, rozpłynęłabym się na widok jego zatroskanej miny.

„O mój Boże, kochanie, wyglądasz tak blado” – wykrzyknął, gdy tylko mnie zobaczył.

W jego głosie słychać było panikę, ale moje niedawno otwarte oczy dostrzegły w nim błysk oczekiwania.

Przełknąłem gorzki smak w ustach.

„Ethan” – jęknęłam, a mój głos się załamał. – „Źle się czuję. Mam zawroty głowy. Mam mdłości”.

„Co się stało? Nadal czujesz gaz?” – zapytał szybko.

„Ten zapach… po prostu wiruje mi w głowie” – odpowiedziałam cicho, zamykając oczy, jakbym nie mogła znieść patrzenia na ekran. „Chcę tylko spać. Jestem taka śpiąca”.

Kącik ust Ethana drgnął. Malutki uśmiech – prawie niezauważalny – ale go dostrzegłem.

Był szczęśliwy.

Uważał, że senność oznacza, że ​​odpływam.

„Dobrze, kochanie. Nie zmuszaj się do czuwania” – zagruchał, a jego głos był gładki jak jedwab. „Może po prostu potrzebujesz długiego odpoczynku. Po prostu śpij sobie na sofie. Dobrze? Nigdzie nie odchodź. Poczujesz się lepiej, kiedy się obudzisz”.

Długi odpoczynek.

Ukołysał mnie do snu, z którego mogłem się już nie obudzić.

„Ale Leo…” Lekko przechyliłam telefon, pokazując pochylonego Leo, z szeroko otwartymi, pustymi oczami i lekko rozdziawionymi ustami. „Leo nie jadł lunchu”.

„Cicho. Wszystko w porządku” – wtrącił Ethan, a w jego głosie słychać było lekką niecierpliwość. „Leo jest silny. Jeszcze trochę wytrzyma. Teraz jesteś najważniejsza. Śpij, kochanie. Dla mnie. Po prostu odpocznij”.

Łza spłynęła mi po policzku.

To nie było przedstawienie.

To była udręka – ponieważ mężczyzna, który obiecał mnie kochać, dopóki śmierć nas nie rozłączy, teraz namawiał mnie do tego samego końca ze względu na swoją ciężarną kochankę.

„Dobrze, Ethan” – wyszeptałam z rezygnacją. „Idę spać”.

„Grzeczna dziewczynka. Kocham cię. Słodkich snów, Klaro” – powiedział na pożegnanie.

Połączenie zostało zakończone.

W chwili, gdy ekran zgasł, moje siły obronne runęły. Rzuciłam telefon na poduszkę i pobiegłam do zlewu, wymiotując jedynie gorzką żółcią. Moje ciało gwałtownie się trzęsło. Czułam obrzydzenie – brud – że kiedykolwiek dotknęły mnie ręce, które to zaplanowały.

Ogarnęła mnie ciemna depresja.

Byłem sam w tym wielkim domu, uwięziony z małym dzieckiem przeciwko potworze, który trzymał wszystkie klucze.

Co się stanie, jeśli nasz plan się nie powiedzie?

A co jeśli miał plan awaryjny?

A co jeśli dzisiejsza noc będzie moją ostatnią nocą na Ziemi?

Osunęłam się na podłogę w kuchni, obejmując kolana. Z gardła zaczęły mi się wydobywać szlochy rozpaczy.

„Przestań się nad sobą użalać”. Głos Leo powrócił. Tym razem nie był rozkazujący – po prostu zimny i pragmatyczny.

Jego wózek inwalidzki skrzypiał, gdy się zbliżał.

„Możesz płakać później, kiedy będzie w celi. A teraz wstawaj.”

Spojrzałam na niego opuchniętymi oczami.

„Boję się, Leo. To mój mąż. Jak mógł to zrobić?”

„Bo jest potworem” – odpowiedział po prostu Leo.

Był już zajęty tabletem, jego małe palce szybko przesuwały się po ekranie.

„Śledzę GPS jego samochodu poprzez wbudowany system nawigacyjny. Powinien już jechać dalej autostradą międzystanową”.

Z trudem podniosłam się na nogi, wycierając usta papierowym ręcznikiem.

„On… on mi uwierzył, prawda? Kazał mi spać.”

Nagle palce Leo zamarły na ekranie. Jego oczy się rozszerzyły – spokój ustąpił miejsca napiętemu, blademu zaskoczeniu.

„Leo, co się stało?” zapytałem, wyczuwając nagłą zmianę atmosfery w pomieszczeniu.

Leo przełknął ślinę. Uniósł tablet, pokazując mi cyfrową mapę z pojedynczą migającą czerwoną kropką.

„Mamo”. Jego głos po raz pierwszy zadrżał. „Ta kropka… to samochód taty”.

Zmrużyłam oczy. „Więc jest daleko, tak?”

“NIE.”

Leo powoli pokręcił głową, a w jego oczach pojawiło się przerażenie.

„Właśnie zjechał najbliższym zjazdem. A teraz zawraca. Wraca tutaj.”

Moje serce zabiło mocniej.

„On wie” – wyszeptał Leo. „Coś było nie tak z twoją grą aktorską. Albo może zauważył, że tylna szyba na nagraniu była lekko uchylona. Nie jest już w podróży służbowej”.

Leo spojrzał na zegar ścienny, potem na mnie.

„Będzie tu za dwadzieścia minut. A kiedy wróci do domu i znajdzie nas żywych i bez ognia, nie będzie już używał gazu. Sam dokończy robotę”.

„Dwadzieścia minut” – wykrztusiłem.

Adrenalina krążyła w moich żyłach.

„Musimy uciekać, Leo. Musimy się stąd natychmiast wydostać. Możemy wspiąć się na tylne ogrodzenie. Krzyczcie po ochronę.”

„To bez sensu, mamo” – warknął Leo, wyrywając mnie z ślepej paniki. „Najbliższy posterunek ochrony jest pół mili stąd. Tylne ogrodzenie ma dziesięć stóp wysokości i jest ogrodzone drutem kolczastym. A o bramie frontowej… zapomniałaś. Zabezpieczył ją łańcuchem”.

„Jesteśmy uwięzieni.”

Pobiegłem do frontowego okna, zerkając przez żaluzje. Żelazny łańcuch owijał się wokół ciężkiej, czarnej bramy niczym wąż.

Byliśmy myszami w pułapce, czekającymi na powrót drapieżnika.

„Więc po prostu się poddamy i pozwolimy mu nas zabić?” zapytałam zdesperowana, odwracając się twarzą do Leo.

Leo pokręcił głową, a jego młoda twarz stwardniała. Jego wyraz twarzy nie przypominał już wyrazu dziecka, lecz osaczonego żołnierza.

„Nie. Nie uciekamy. Witamy go.”

Leo szybko podjechał w stronę konsoli multimedialnej znajdującej się pod telewizorem.

„Mamo, pomóż mi to przenieść. Szybko.”

Nie zadawałem pytań. Ostatkiem sił pomogłem mu pchnąć ciężką drewnianą szafkę. Za nią, na ścianie, znajdowała się niska kratka wentylacyjna z luźnymi prętami.

„Zdejmij to” – rozkazał Leo.

Szarpnąłem kratę.

W środku znajdowało się stare pudełko na sprzęt wędkarski należące do Ethana – to, o którym twierdził, że zaginęło lata temu. Leo je wyciągnął.

„Mała niespodzianka dla niego” – mruknął Leo, odpinając paczkę.

Moje oczy rozszerzyły się, gdy zobaczyłem treść.

Nie było haczyków ani żyłki.

W środku znajdował się zbiór przedmiotów, które Leo potajemnie zebrał: mały młotek, zardzewiały nóż do tapet, buteleczka improwizowanego środka drażniącego w przerobionym flakonie po perfumach i – co najbardziej szokujące – czarne, ręczne urządzenie paraliżujące.

„Skąd to masz?” wyszeptałam przerażona.

„To taty” – powiedział szybko Leo. „Kupił go do samoobrony i trzymał w samochodzie. Zabrałem go kilka miesięcy temu, kiedy nie zwracał uwagi. Myśli, że go zgubił”.

Gdy Leo sprawdził, między zębami rozległ się głośny trzask.

Baterie pełne.

Leo podał mi urządzenie.

„Weź to, mamo. To twoja jedyna szansa. Kiedy się zbliży, nie wahaj się.”

Trzymałam zimny przedmiot, a moja ręka drżała. Myśl o zrobieniu krzywdy własnemu mężowi – mężczyźnie, który kiedyś trzymał mnie w ramionach każdej nocy – przyprawiała mnie o mdłości.

Ale wizja jego wiadomości, jego planu spalenia nas żywcem, zatarła moje wahanie.

„Teraz posłuchaj planu” – powiedział Leo, uważnie obserwując. „Nie możemy się z nim skonfrontować w salonie. Kamera tam jest. Sprawdzi obraz z samochodu, zanim jeszcze wejdzie do środka, żeby zobaczyć, gdzie jesteśmy. Więc chowamy się w martwym polu. Toaleta dla pokojówki jest za mała. Chowamy się w spiżarni pod schodami. Jest tam ciemno, ciasno i, co najważniejsze, poza zasięgiem kamery”.

„A co jeśli tam nie pójdzie?”

„Zrobi to”. Uśmiech Leo był ponury i przebiegły. „Bo zostawię wózek inwalidzki tuż przed drzwiami spiżarni. Pomyśli, że wypadłam i weszłam tam, albo że to ty mnie tam zaciągnęłaś, żeby się schować”.

Pomysł był jednocześnie genialny i szalony.

Poruszaliśmy się szybko, niczym oddział specjalny. Posprzątaliśmy salon na tyle, żeby wyglądał normalnie. Leo zeskoczył z wózka inwalidzkiego. Razem pchnęliśmy puste krzesło, aż przewróciło się przed lekko uchylonymi drzwiami spiżarni, tworząc iluzję walki.

Potem Leo i ja wślizgnęliśmy się w mrok spiżarni. Przycupnęliśmy między stosami konserw.

Mój oddech stał się urywany i ciężki.

Leo złapał mnie za rękę, jego dłoń była zimna i wilgotna.

Pięć minut minęło w ciszy.

Dziesięć.

Słychać tylko tykanie zegara ściennego, przypominające tykanie bomby zegarowej.

Piętnaście minut.

Usłyszeliśmy dźwięk chrupnięcia opon na żwirowym podjeździe.

Miałem wrażenie, że serce wyskoczy mi z gardła.

Był tutaj.

Silnik samochodu zgasł. Chwila ciszy, a potem brzęk metalu – dźwięk odryglowywanego łańcucha bramy. Nie zatrąbił. Nie zawołał mojego imienia.

Przyszedł w milczeniu, jak złodziej do własnego domu.

Drzwi wejściowe otworzyły się powoli.

Odgłos kroków na marmurowej podłodze.

Stuknij. Stuknij. Stuknij.

Dźwięk jego drogich butów, którego kiedyś uwielbiałam słuchać, gdy wracał z pracy, teraz brzmiał jak kroki kata.

„Klara!” – zawołał.

Jego głos był płaski i zimny. Nie było w nim śladu niepokoju, jaki towarzyszył rozmowie wideo.

Brak odpowiedzi.

W domu panowała martwa cisza.

„Leo” – zawołał ponownie.

Wszedł głębiej do środka.

Z wąskiej szczeliny pod drzwiami spiżarni dostrzegłem cień jego nóg przesuwający się w stronę salonu. Zatrzymał się, prawdopodobnie rozglądając się, sprawdzając, czy nie ma oznak życia.

„Do diabła” – mruknął. „Zapach zniknął”.

Zdał sobie sprawę, że okna były otwarte.

Jego cień znów się poruszył.

Podszedł do przewróconego wózka inwalidzkiego przed naszą kryjówką.

Zatrzymał się tuż przed drzwiami spiżarni.

Dzieliły nas cienkie, uchylone drzwi i kuchenna wyspa.

Ściskałem urządzenie z całej siły, zimny pot spływał mi po skroniach.

„Bawimy się w chowanego, co?” – zaśmiał się sucho, beznamiętnie. „Wyjdź, Klaro. Wiem, że jeszcze nie wyszłaś. Za mało gazu, co?”

Nagle ciężki metalowy przedmiot upadł na marmurową podłogę.

Szczęk.

Wyjrzałem.

W prawej ręce Ethan nie trzymał teczki.

Trzymał w ręku długi, błyszczący klucz do opon.

Nie przyszedł pomóc.

Przyszedł upewnić się, że nie ma już żadnych świadków.

Ethan zrobił krok do przodu, kopiąc wózek inwalidzki Leo na bok. Rozbił się o ścianę.

„Bezużyteczny bachor” – warknął, wchodząc do kuchni. „Wychodź. Tatuś ma sposób, żeby cię raz na zawsze położyć do łóżka”.

Stał teraz dwa kroki od nas, tyłem do nas, i sprawdzał zawartość szafek po drugiej stronie pokoju.

Leo szturchnął mnie mocno w żebra.

Teraz.

Wzięłam głęboki oddech, zbierając w sobie całą odwagę zdradzonej żony i opiekuńczej matki.

Podniosłem się z ukrycia, a urządzenie w mojej prawej ręce z trzaskiem ożyło.

„Jestem tutaj, Ethan!” krzyknąłem.

Ethan odwrócił się, z szeroko otwartymi z przerażenia oczami. Uniósł w dłoni łyżkę do opon, ale zanim zdążył nią zamachnąć, rzuciłem się do przodu.

Głośny, przerażający trzask wypełnił małą kuchnię, po którym usłyszałem krzyk agonii, który nie był mój.

Ciało Ethana zadrżało i upadło ciężko na podłogę. Obok niego głośno zagrzechotała łyżka do opon.

Zatoczyłam się do tyłu, ciężko dysząc, a ręka trzęsła mi się tak bardzo, że o mało nie upuściłam urządzenia. Wpatrywałam się w męża leżącego na podłodze, jęczącego i próbującego się podnieść.

„Przepraszam” – wyszeptałam instynktownie.

Stary nawyk głupiej, uległej żony wciąż dawał o sobie znać. Czułam się winna, że ​​go zraniłam.

„Nie przepraszaj” – krzyknął Leo za mną. „Zrób to jeszcze raz. Nie pozwól mu wstać”.

Głos Leo przywrócił mnie do rzeczywistości, ale było już za późno.

Kiedy się ruszyłem, wielka dłoń Ethana wystrzeliła z prędkością błyskawicy i zacisnęła się na mojej kostce. Jego uścisk był jak stalowe imadło.

„Ty…” warknął, a jego głos stał się przerażająco chrapliwy.

Ethan szarpnął mnie za nogę. Straciłem równowagę i upadłem do tyłu, uderzając tyłem głowy o twardą, kafelkową podłogę. Przed oczami eksplodowały mi gwiazdy. Urządzenie wyleciało mi z ręki, lecąc daleko poza zasięg.

Ethan z trudem wstał, jego ciało wciąż się chwiało, a twarz wykrzywiła wściekłość. Jego oczy płonęły czystą, morderczą żądzą, gdy czołgał się ku mnie, wyciągając rękę…

“Zatrzymywać się!”

Nagle usłyszeliśmy dźwięk rozpryskującej się cieczy, a zaraz potem poczułem przenikliwy, ostry zapach.

„Moje oczy… moje oczy!” krzyknął Ethan, puszczając moją nogę i turlając się po podłodze, drapiąc się po twarzy.

Leo stał tam, trzymając w ręku przerobioną butelkę perfum wypełnioną miksturą chili. Bezlitośnie spryskał twarz ojca rozpylaczem.

„Biegnij, mamo, na górę, natychmiast” – rozkazał Leo.

Nie traciłem czasu.

Adrenalina wzięła górę nad bólem głowy. Zerwałem się na równe nogi, chwyciłem Leo za drobną dłoń i wybiegliśmy z kuchni.

Wbiegliśmy po wielkich, krętych schodach. Za nami słyszeliśmy Ethana ryczącego jak zranione zwierzę, rozbijającego się o stoły i krzesła, zataczając się i na chwilę oślepionego.

„Zabiję cię!” – ryknął. „Ja…”

Jego groźby rozbrzmiały w całym domu.

Dotarliśmy na drugie piętro i pobiegliśmy prosto do głównej sypialni – pokoju, który był niemym świadkiem mojego udawanego szczęścia. Zatrzasnęłam ciężkie dębowe drzwi i przekręciłam podwójny zamek.

Niezadowolona, ​​odciągnęłam ciężką toaletkę, żeby ją zablokować.

Oboje staliśmy w cichym pokoju, oddychając ciężko i nierówno.

Osunęłam się na podłogę, opierając się o słupek łóżka, a moje ciało drżało niekontrolowanie. Strach powrócił – jeszcze bardziej przerażający niż wcześniej.

Zostaliśmy uwięzieni.

Okna w tym pokoju miały stałe żelazne kraty. Jedynym wyjściem były drzwi, które właśnie zamknęliśmy – a po drugiej stronie drzwi czaił się potwór.

„Umrzemy, Leo” – mamrotałam, obejmując kolana. „On wyważy drzwi. On…”

Leo kuśtykał w moją stronę, z małymi stopami obtartymi od biegania boso. Nie płakał.

Spojrzał na mnie beznamiętnym wzrokiem.

„Poddajesz się?” zapytał chłodno.

„Nie mamy już żadnej broni. Urządzenie paraliżujące jest na dole” – szlochałam.

Leo wziął głęboki oddech i zrobił coś, co mnie oszołomiło.

Uderzył mnie w policzek.

To nie było trudne, ale wystarczyło, żeby wytrącić mnie z histerii.

„Spójrz na mnie, mamo” – warknął Leo. „Spójrz na mnie”.

Spojrzałem w oczy dziesięciolatka — oczy, w których przez lata malowała się wściekłość z powodu śmierci matki.

„Ta jęcząca Klara, którą byłaś, musi umrzeć i zniknąć. Jeśli nadal jesteś tą słabą kobietą, która szuka litości, to obie umrzemy dziś w nocy. Tata widział moje nogi. Wie, że znasz jego plan. Nie ma już odwrotu”.

Leo wskazał na zabarykadowane drzwi.

„To już nie twój mąż. To obcy człowiek, który chce twoich pieniędzy. To ten mężczyzna, który nazwał cię naiwną idiotką przed swoją kochanką. Pozwolisz mu mieć rację? Pozwolisz mu traktować cię jak nic?”

Jego słowa rozpaliły we mnie coś. Zimny ​​strach powoli przerodził się w gorący, płonący ogień.

Przed oczami stanął mi obraz wiadomości, jakie wymieniali Ethan i Jessica.

Clara jest naiwna. To łatwowierna idiotka.

Powoli wstałam, ocierając łzy grzbietem dłoni — ostatni, brutalny gest.

Podszedłem do dużego lustra na szafie.

Zobaczyłem swoje odbicie: potargane włosy, siniak tworzący się na czole, koszula podarta na ramieniu.

Ale moje oczy.

Moje oczy nie były już łagodne.

Nie byłam sierotą Klarą, desperacko pragnącą uczucia. Nie byłam posłuszną żoną, którą dało się oszukać słodkimi słówkami i fałszywymi obietnicami.

Odwróciłam się twarzą do Leo.

„Masz rację” – powiedziałem.

„Stara Clara umarła na skutek wycieku gazu.”

Podszedłem do małego sejfu ściennego ukrytego za obrazem pejzażowym.

„Leo, pamiętasz kod? Rocznica ślubu twojego ojca z twoją prawdziwą matką?”

Leo skinął głową, zdezorientowany. „Tak. 1508. Dlaczego?”

„Ethan ma sentyment do przeszłości. Chociaż jest zły, nigdy nie zmienił tego hasła, bo jest zbyt leniwy, żeby zapamiętać nowe” – powiedziałem, wpisując kombinację.

Pip. Pip. Pip.

Trzask.

Drzwi sejfu otworzyły się.

W środku leżał stary rewolwer – pamiątka po dziadku Ethana, kolekcjonerze antyków – oraz pudełko naboi. Ethan trzymał je na wypadek sytuacji awaryjnych, ale bał się ich użyć.

Podniosłem zimny, ciężki kawałek metalu.

Teraz moje ręce były pewne.

„On chce wojny” – mruknąłem, sprawdzając cylinder.

Był w pełni załadowany.

„No to daj mu jednego.”

Ale gdy tylko poczułem odrobinę mocy trzymającej broń, poczułem coś znajomego.

Dym.

Nie dym papierosowy.

Zapach palonego drewna i tkanin.

Leo podbiegł do szpary pod drzwiami. Cienkie smużki szarego dymu zaczęły się do niej przedostawać.

„Mamo”. Głos Leo był zdławiony. „On nie wyważa drzwi. On podpala schody. On pali parter”.

Usłyszeliśmy głos Ethana dochodzący z dołu — szalony śmiech przerywany kaszlem.

„Wyjdź albo się upiecze. Twój wybór.”

Fala ciepła zaczęła promieniować przez podłogę.

Byliśmy uwięzieni na drugim piętrze płonącego domu, a przy jedynym wyjściu czekał psychopata.

Spojrzałem na pistolet w mojej ręce, potem na Leo, a następnie na zakratowane okno.

„Leo” – powiedziałem spokojnie – „wyjmij grubą kołdrę z szafy. Wymocz ją w łazience. Już.”

„Jaki jest plan, mamo?”

Odbezpieczyłem rewolwer.

„Nie zginiemy w tym ogniu. Przebijemy się przez niego”.

Spojrzałem na drzwi, które teraz były ciepłe w dotyku.

„A jeśli stanie nam na drodze…”

Mój głos nie zadrżał.

„Zrobię wszystko, co konieczne, żebyśmy przeżyli”.

Ciepło.

To było jedyne słowo, które teraz można było opisać w głównej sypialni. Powietrze przestało być powietrzem. Było palącą mgiełką, która piekła skórę. Grube dębowe drzwi były gorące w dotyku – znak, że płomienie po drugiej stronie wdzierają się do środka.

Leo wyszedł z łazienki przemoczony do suchej nitki. Ciągnął za sobą ciężką, nasiąkniętą wodą kołdrę, która teraz ważyła dwa razy więcej niż zwykle i zostawiała na podłodze smugi wody.

„Użyj tego, mamo” – powiedział Leo głosem pozbawionym paniki, a jedynie skupionym.

Narzucił mi na głowę i ramiona ciężki, mokry koc.

„Zakryj nos. Nie wdychaj dymu. Trzymaj się nisko.”

Skinąłem głową, mocno ściskając rewolwer. Zimna stal stanowiła jaskrawy kontrast z moją spoconą dłonią.

Nigdy w życiu nie strzelałem z broni.

„Leo” – zawołałam zanim ruszyliśmy.

Uklęknąłem do jego poziomu.

„Jeśli zawiodę – jeśli zamarznę – uciekaj. Nie martw się o mnie.”

Leo spojrzał na mnie, obejmując moją twarz swoimi małymi, wilgotnymi dłońmi.

„Nie zawiedziesz. Wyobraź sobie jego minę, kiedy nazwał cię głupcem. Wyobraź sobie jego minę, kiedy poluzował ten przewód gazowy. Nie naciskasz spustu, żeby kogoś zabić. Pociągasz za spust, żeby żyć.”

Wziąłem głęboki oddech, napełniając płuca resztką tlenu, jaka mi pozostała, i skinąłem głową.

Podeszliśmy do drzwi.

Odsunęłam toaletkę na bok.

Gdy Leo policzył do trzech, przekręciłem zamek i nacisnąłem klamkę.

Szu …

Gęsty, czarny dym wdarł się do środka niczym rozpętany potwór. Oczy natychmiast mnie piekły. Wzrok mi się zamazał. Zacząłem kaszleć, ale stłumiłem kaszel, przyciskając mokrą tkaninę do twarzy.

„W dół” – wykrztusił Leo.

Upadliśmy na podłogę i wyszliśmy z pokoju.

Korytarz na drugim piętrze był małą enklawą piekła. Drogi dywanik przy schodach płonął, płomienie lizały tapetę. Wszędzie słychać było trzask łamanego drewna i tłuczonego szkła.

Ale najstraszniejszy nie był pożar.

To była cisza dochodząca z dołu.

Ethan już nie krzyczał.

Czekał – cierpliwy jak myśliwy – aż jego ofiara zostanie wywleczona z nory.

Powoli podczołgaliśmy się do balustrady z widokiem na salon. Pierwsze piętro było zasnute szarym dymem, ale ogień koncentrował się wokół podstawy schodów i kuchni.

Zajrzałem przez tralki.

Serce waliło mi w uszach głośniej niż huk ognia.

Tam, u podnóża schodów, pośród dymu stał Ethan.

Nie trzymał już łyżki do opon.

Teraz w prawej ręce trzymał duży nóż rzeźnicki z ekskluzywnego bloku na noże, który podarowałem mu na urodziny.

Stał zupełnie nieruchomo, wpatrując się w szczyt schodów i czekając, aż pojawią się nasze sylwetki.

Kaszlał, pocierał zaczerwienione od sprayu oczy, ale się nie ruszał.

Blokował jedyną drogę wyjścia.

„Jest na dole” – szepnęłam do Leo. „Ma nóż”.

„Nie możemy zejść po schodach” – wyszeptał Leo. „Ma przewagę zasięgu. Jeśli chybisz, dopadnie nas, zanim zdążysz zareagować”.

„Dokąd więc pójdziemy? Pozostałe okna też są zakratowane.”

Leo rozejrzał się po okolicy. Jego wzrok padł na masywny kryształowy żyrandol wiszący nad holem, tuż za miejscem, w którym stał Ethan. Łańcuch żyrandola był przymocowany do belki w suficie na drugim piętrze, a punkt dostępu znajdował się w małej szafce gospodarczej na korytarzu.

Cichy ruch.

„Mamo” – wyszeptał Leo z ponurym błyskiem w oczach – „nie musimy z nim walczyć. Wystarczy, że zrzucimy na niego sufit”.

Podążyłem za jego wzrokiem.

Szafa była zaledwie kilka stóp dalej.

Ale był zamknięty.

„Klucz jest na jego breloczku.”

„Nie, nie jest” – powiedział Leo.

Wyciągnął z kieszeni mały, wygięty kawałek drutu.

„Nauczyłem się otwierać wszystkie zamki w tym domu, kiedy miałem osiem lat.”

Nie czekając na mnie, Leo podczołgał się do małej szafy.

Dym gęstniał. Płuca paliły mnie. Skierowałem broń w dół, celując przez reling w Ethana. Ręka mi drżała, gdy próbowałem wycelować, ale dym sprawił, że wszystko było rozmazane.

Trzask.

Drzwi szafy się otworzyły.

zobacz więcej na następnej stronie Reklama

Aby zobaczyć pełną instrukcję gotowania, przejdź na następną stronę lub kliknij przycisk Otwórz (>) i nie zapomnij PODZIELIĆ SIĘ nią ze znajomymi na Facebooku.