Znalazłem małą dziewczynkę ukrywającą się w śmietniku z diamentową bransoletką na nadgarstku — i uświadomiłem sobie, że to właśnie ona była tym dzieckiem, którego szukało całe miasto.

„Na dół” – syknąłem, na wpół prowadząc, na wpół niosąc Emmę po drabinie. Uderzyłem piszczelem o jeden ze szczebli z taką siłą, że przed oczami zabłysła mi biel. Zacisnąłem zęby i ruszyłem dalej.

Wpadliśmy do zaułka i pobiegliśmy. Ten sam zaułek, w którym znalazłem ją w śmietniku, teraz wydawał się jedyną drogą ucieczki.

Wypadliśmy na główną ulicę, w światło, hałas i ludzi. Zwolniłem, zmuszając się do marszu. Nic nie przyciąga uwagi szybciej niż bieg. Złapałem Emmę za rękę i przyciągnąłem ją do siebie, naciągając jej kaptur na twarz.

„Schodzimy pod ziemię” – powiedziałem.

Wejście do metra Lakeshore znajdowało się pół przecznicy dalej, a czerwony znak prześwitywał przez mgłę. System komunikacji miejskiej nie był idealny, ale był nieskończony, hałaśliwy i pełen obcych ludzi. Dokładnie tego potrzebowaliśmy.

Gdy schodziliśmy po schodach, mój prawdziwy telefon znów zawibrował. Na pękniętym ekranie mignęła wiadomość od nieznanego numeru.

Przywróć ją, Noahu. Inaczej spokojne życie twojej siostry dobiegnie końca.

Nogi mi na sekundę zmiękły. Moja siostra, Lauren, miała dwójkę dzieci i minivana. Wyjechała z miasta lata temu. Nie miała z tym wszystkim nic wspólnego.

Spojrzałem na wiadomość, a potem na kosz na śmieci stojący obok bramki obrotowej.

„Przepraszam, Laur” – mruknęłam, odkładając telefon.

Następnie przeniosłam Emmę przez bramkę, sama ją przeskoczyłam i pobiegłam do pociągu.

Historia, którą opowiedziała Emma

Znaleźliśmy miejsce w rogu w linii niebieskiej, jak najdalej od drzwi. Pociąg szumiał i trzęsł się wokół nas, a światła lekko migotały przy każdym uderzeniu.

Emma wtuliła się w mój bok, otulona moim płaszczem. Bez niego chłód przenikał przez koszulę, ale ona potrzebowała go bardziej.

„Czy oni już idą?” wyszeptała.

„Jeszcze nie” – powiedziałem, rozglądając się po samochodzie. Studentka ze słuchawkami. Pielęgniarka w fartuchu, przeglądająca telefon. Para cicho kłócąca się o plany wakacyjne.

Normalni ludzie. Prawdziwe życie.

Zniżyłam głos. „Emma, ​​wcześniej mówiłaś, że twój ojciec powiedział ci, że odeszłaś. Co miałaś na myśli?”

Wpatrywała się w swoje buty. Przez dłuższą chwilę myślałem, że nie odpowie.

„W naszym domu jest pokój” – powiedziała w końcu. „Pod parterem. Ściany są całe białe. Żadnych okien. Tata powiedział, że to pokój do leczenia”.

Gardło mi się ścisnęło. „Byłeś chory?”

„Nie czułam się chora” – powiedziała. „Ale powiedział, że potrzebuję leków, żeby pomagać innym dzieciom. Powiedział, że jestem wyjątkowa”.

Nieświadomie pociągnęła za miejsce, w którym była bransoletka, chociaż zostawiłam je zaklejone.

„Przychodził kiedyś mężczyzna. W błyszczących okularach. Tata nazywał go doktorem Lane. Dawał mi zastrzyki. Bolały. Pewnego dnia usłyszałem ich rozmowę na korytarzu. Mówili coś w stylu: »Faza trzecia nie zadziałała« i »Teren Alfa nie jest już… przydatny«”.

Zmagała się z ostatnim słowem, jakby nie mogła go z siebie wydusić.

Żołądek mi się ścisnął. Hartley BioPharm od miesięcy gościł na pierwszych stronach gazet. Badanie cudownej terapii genowej. Nagła poprawa zdrowia u dzieci z chorobami krwi. Ceny akcji rosną. Próbowałem wszcząć śledztwo, zanim mnie zwolnili, ale gazeta za bardzo polubiła wersję o sukcesie.

„Co się stało później?” zapytałem.

zobacz więcej na następnej stronie Reklama

Aby zobaczyć pełną instrukcję gotowania, przejdź na następną stronę lub kliknij przycisk Otwórz (>) i nie zapomnij PODZIELIĆ SIĘ nią ze znajomymi na Facebooku.