Lekarze chcieli mieć absolutną pewność, że z moją córką wszystko w porządku, zanim mnie wypuścili.
W ciągu tych 3 dni dowiedziałem się, że Marcusowi odmówiono zwolnienia za kaucją, ponieważ uznano go za osobę stwarzającą ryzyko ucieczki i zagrożenie dla mnie. Dowiedziałem się, że sędzia wydał nakaz natychmiastowego powstrzymania mnie od przebywania w areszcie, który zabrania mu zbliżania się do mnie na odległość mniejszą niż 150 metrów (500 stóp) ani kontaktowania się ze mną w jakikolwiek sposób.
Dowiedziałem się, że jego matka rzeczywiście próbowała odwiedzić mnie w szpitalu, żeby przemówić mi do rozsądku, ale ochrona ją powstrzymała na mocy nakazu sądowego, który również przeciwko niej złożyłem.
Dowiedziałam się, że moja historia rozeszła się po szpitalu i dziesiątki członków personelu, lekarzy, pielęgniarek i techników przyszło, żeby mnie sprawdzić, zaoferować wsparcie i powiedzieć, że jestem odważna.
Ale nie czułem się odważny.
Poczułem się załamany, przestraszony i zły.
Boże, byłem tak wściekły.
Nadal jestem zły.
Jestem zła, że mężczyzna, któremu ufałam, mężczyzna, z którym wyszłam za mąż, mężczyzna, z którym miałam dziecko, okazał się potworem. Jestem zła, że jego matka wychowała go w przekonaniu, że przemoc jest akceptowalną reakcją na kobietę, która broni siebie.
Jestem zła, że zignorowałam sygnały ostrzegawcze, że pozwoliłam mu na kontrolowanie mnie i że nie odeszłam wcześniej.
Jestem zła, że muszę sama wychowywać córkę, bo jej ojciec nie potrafił kontrolować swojego temperamentu.
Jestem zły, że dorasta wiedząc, że jej ojciec bił jej matkę, gdy była jeszcze w łonie matki.
Jestem zły, że to teraz nasza historia.
Że ta trauma pozostanie częścią naszego życia na zawsze.
Złość pali mnie nieustannie, a mój terapeuta twierdzi, że to w porządku. Że złość jest uzasadniona, że mam pełne prawo czuć to, co czuję.
Kiedy w końcu wypisano mnie ze szpitala, wróciłem do domu z rodzicami.
Nie mogłam wrócić do domu, który dzieliłam z Marcusem. Myśl o tym, że będę w tym pokoju dziecięcym, gdzie mnie pobił, przyprawiała mnie o mdłości.
Moi rodzice spakowali moje rzeczy, kupili wszystko, czego potrzebowałem i przenieśli mnie z powrotem do mojego pokoju z dzieciństwa.
Miałam 36 lat, byłam w szóstym miesiącu ciąży i znowu mieszkałam z rodzicami, ponieważ mój mąż próbował zabić mnie i nasze dziecko.
Upokorzenie było niemal tak samo straszne, jak ból fizyczny.
Prawie.
Proces prawny rozpoczął się natychmiast.
Złożyłam pozew o rozwód.
Prawnik Marcusa próbował negocjować, próbował przekonać mnie do wycofania nakazu powstrzymania się od czynności, do zgody na mediację i umożliwienia Marcusowi nienadzorowanego dostępu do dziecka po jego narodzinach.
Odrzuciłem wszystko.
Moja prawniczka, odważna kobieta o imieniu Rebecca, która specjalizowała się w sprawach dotyczących przemocy domowej i współpracowała ze mną pro bono w ramach programu pomocy prawnej, jasno dała mi do zrozumienia, że Marcus miał szczęście, że nie naciskałam na pozbawienie go praw rodzicielskich.
Twierdziła, że stracił jakiekolwiek prawo do bycia ojcem, kiedy bił mnie, gdy byłam w ciąży z jego dzieckiem i kiedy narażał życie naszej córki swoją przemocą.
Prokurator prowadzący sprawę karną był równie agresywny, odmawiając zaproponowania jakichkolwiek ugód i nalegając, aby sprawa trafiła do sądu.
Ale Marcus przyznał się do winy. Jego prawnik poinformował go, że biorąc pod uwagę dowody, zdjęcia, moje zeznania, telefon od sąsiadów na numer alarmowy 911 i zeznania jego własnej matki, przegra proces i grozi mu najwyższy wymiar kary.
Przyznał się więc do winy w sprawie o przestępstwo przemocy domowej i napaść na ciężarną kobietę w zamian za nieznacznie złagodzenie wyroku.
Dostał 3 lata więzienia, 5 lat w zawieszeniu, obowiązkowe zajęcia z zarządzania gniewem i nadzorowane odwiedziny, ale pod warunkiem, że wyrażę na nie zgodę po wyjściu na wolność.
Sędzia podtrzymał również nakaz powstrzymania się od określonych czynności na czas nieokreślony.
Marcusowi nigdy więcej nie pozwolono się do mnie zbliżyć bez nadzoru prawnego.
To nie wystarczyło.
Trzy lata nie wystarczyły za to, co zrobił, za traumę, którą spowodował, za życie, które zniszczył.
Ale to było coś.
To była sprawiedliwość, choć niedoskonała.
Ostatnie 3 miesiące ciąży spędziłam leżąc w łóżku w domu rodziców.
Trudno było być nieruchomym, być zależnym, mieć tak dużo czasu na myślenie o wszystkim, co się wydarzyło.
Chodziłam na terapię dwa razy w tygodniu, aby uporać się z traumą, przepracować strach, gniew i żal.
Tak, smutek.
Bo chociaż Marcus mnie zranił, wciąż musiałam opłakiwać życie, jakie myślałam, że będę mieć, małżeństwo, jakie myślałam, że będę mieć, rodzinę, jaką wyobrażałam sobie dla mojej córki.
Ten człowiek nie istniał, nigdy nie istniał.
Ale nadal musiałem opłakiwać utratę iluzji.
Mój terapeuta pomógł mi zrozumieć, że odejście z przemocowego związku, nawet jeśli wiem, że to właściwa decyzja, nadal wiąże się ze stratą i żalem, a te uczucia są uzasadnione.
Moja córka urodziła się 2 tygodnie przed planowanym terminem, pod koniec grudnia.
To było zaplanowane cesarskie cięcie, ponieważ mój lekarz martwił się stresem związanym z porodem, biorąc pod uwagę wszystko, przez co przeszło moje ciało. Chcieli kontrolować jak najwięcej zmiennych, abyśmy oboje przeżyli to bezpiecznie.
Byłam przerażona idąc na salę operacyjną, przerażona, że w ostatniej chwili coś pójdzie nie tak, że po tym wszystkim, przez co przeszliśmy, w jakiś sposób ją stracę.
Ale tego nie zrobiłem.
Przyszła na świat krzycząc, zdrowa i doskonała, ważąc 6 funtów i 8 cali.
Położyli ją na mojej piersi, a ja spojrzałem na jej maleńką buzię, na jej idealne paluszki i rozpłakałem się. Rozpłakałem się z ulgi, radości i wszechogarniającej miłości, ale też z wściekłości.
Wściekłość, że jej ojciec próbował ją zabić, zanim się jeszcze urodziła. Wściekłość, że nigdy jej tak nie przytuli, nigdy jej nie pozna, nigdy nie będzie ojcem, na jakiego zasługiwała.
ale także wdzięczność.
Wdzięczność, że przeżyła, że oboje przeżyliśmy, że mieliśmy szansę na wspólne życie.
Nadałem jej imię Emma Grace.
Łaska, bo to właśnie nas uratowało. Łaska sąsiadki, która zadzwoniła pod numer 911. Łaska pielęgniarki, która wiedziała dokładnie, co powiedzieć, żeby złapać mojego oprawcę. Łaska obcych, którzy stanęli wokół nas, kiedy najbardziej potrzebowaliśmy pomocy.
Emma, bo zawsze kochałam to imię i nie zamierzałam pozwolić, by Marcus odebrał mi również ten wybór.
Przyjął tak wiele, ale nie przyjmie tego.
Była moja, moją córką, moim cudem i zamierzałem zapewnić jej najlepsze życie, jakie mogłem, nawet jeśli miałbym to zrobić sam.
Pierwsze kilka miesięcy z Emmą były najtrudniejszymi w moim życiu.
Jednocześnie dochodziłam do siebie po poważnej operacji, zmagałam się z hormonami poporodowymi, opiekowałam się noworodkiem i przeżywałam ciężką traumę.
Miałam koszmary, ciągłe koszmary, gdzie Marcus nas znalazł, gdzie skrzywdził Emmę. Jak skrzywdził mnie, gdzie nie mogłam jej ochronić.
Budziłam się w panice, biegłam do jej łóżeczka, żeby sprawdzić, czy oddycha, a potem siedziałam w ciemnościach, patrząc, jak śpi, i nie byłam w stanie sama wrócić do łóżka.
Moi rodzice byli niesamowici, pomagali mi we wszystkim.
Ale miałem trudności.
Zmagałam się z depresją, lękiem i zespołem stresu pourazowego (PTSD), które powodowały, że głośne dźwięki lub nagłe ruchy wprawiały mnie w panikę.
Zmagałam się z fizycznymi wspomnieniami tego, co się stało. Blizny na ramieniu, gdzie wbiły mi się palce. Ból pleców, który wciąż bolał mnie po kopnięciu. Blizna po cesarskim cięciu, która była trwałym przypomnieniem, że poród Emmy był powikłany traumą.
Ale kontynuowałem.
Kontynuowałem, bo musiałem.
Ponieważ Emma mnie potrzebowała.
Ponieważ poddanie się nie wchodziło w grę.
Kontynuowałam terapię, dodałam do grupy wsparcia dla ofiar przemocy domowej i powoli, boleśnie zaczęłam wracać do zdrowia.
Grupa wsparcia była rozglądająca się.
Słuchanie historii innych kobiet i uświadomienie sobie, że nie jestem sama, zrozumienie, że nadużycia mają swoje schematy i że to, co przydarzyło się mnie, przydarzyło się niezliczonej liczbie innych osób.
Pomogło.
Dzięki temu poczułem się mniej odizolowany, mniej głupi, mniej przekonany, że to w jakiś sposób moja wina.
Te kobiety to osiągnęły.
Rozumieli wstyd, strach i gniew w sposób, w jaki nie potrafili tego zrobić nawet moi życzliwi rodzice.
I świętowali ze mną moje zwycięstwa. Pierwszą noc, którą przespałam bez koszmarów. Pierwszy raz, kiedy poszłam sama do sklepu spożywczego bez ataku paniki. Pierwszy raz, kiedy mogłam opowiedzieć o tym, co się stało, nie płacząc.
Rozwód został sfinalizowany, gdy Emma miała 4 miesiące.
Marcus nie kwestionował niczego.
Przepisał na mnie nasz dom.
Sprzedałem natychmiast.
Nigdy więcej nie mogłam tam zamieszkać i zgodziłam się na alimenty, chociaż wiedziałam, że większości z nich nie zobaczę, dopóki mój syn będzie w więzieniu.
Jego prawnik próbował jeszcze raz negocjować prawo do odwiedzin, ale odmówiłem. Powiedziałem mojemu prawnikowi, że może złożyć wniosek do sądu po wyjściu z więzienia, jeśli zechce, ale teraz nie zamierzałem się na nic zgadzać.
Potrzebowałam tych pierwszych lat z córką, żeby czuć się bezpiecznie, żeby uwolnić się od jego cienia, żeby ułożyć sobie życie bez strachu, że on się znów pojawi.
Sędzia się ze mną zgodził. Stwierdził, że biorąc pod uwagę wagę przestępstwa i wiek dziecka, w najlepszym interesie Emmy leży zerwanie kontaktu z ojcem do czasu, aż udowodni, że został zrehabilitowany i nie stanowi już zagrożenia.
Barbara próbowała pozwać dziadków, aby respektowali ich prawa.
Miała czelność pozwać mnie do sądu, twierdząc, że ma prawo widywać się z wnuczką.
Mój prawnik ją rozszarpał.
Przytoczyła zeznania Barbary na policji, w których usprawiedliwiała pobicie mnie przez Marcusa. Argumentowała, że Barbara była świadkiem napaści swojego syna na ciężarną kobietę i nic nie zrobiła, aby temu zapobiec, a wręcz obwiniła ofiarę.
Przedstawiła dowody na to, że Barbara pozwalała i zachęcała Marcusa do agresywnych zachowań przez cały okres naszego małżeństwa.
Sędzia natychmiast odrzucił jej wniosek, stwierdzając, że dziadkowie mają prawo do podtrzymywania korzystnych relacji i że nie ma żadnych dowodów na to, że związek z Barbarą byłby w jakikolwiek sposób korzystny dla Emmy.
W rzeczywistości, jak stwierdził sędzia, biorąc pod uwagę przeszłość Barbary i jej rolę w nadużyciach, umożliwienie jej kontaktu z Emmą mogłoby być potencjalnie szkodliwe.
Barbara wyszła z sali sądowej krzycząc, jak to ja nastawiłam wszystkich przeciwko niej, jak zniszczyłam jej rodzinę, jak to ja jestem kłamcą i manipulatorem.
Ochrona musiała ją wyprowadzić.
Nigdy więcej o niej nie słyszałam.
Kiedy Emma miała 7 miesięcy, wróciłam do pracy.
Wykorzystałem cały urlop, wszystkie dni chorobowe i potrzebowałem dochodu oraz ubezpieczenia zdrowotnego.
Moi rodzice pomagali mi w opiece nad dzieckiem, a ja miałam szczęście, że szkoła była wyrozumiała i wspierająca.
Moja dyrektorka wiedziała, co się stało. Mówiono o tym w wiadomościach. W końcu mąż miejscowej nauczycielki został aresztowany za pobicie jej w ciąży, a ona zrobiła dla mnie pewne ustępstwa.
Gdybym musiał wyjść wcześniej na terapię lub wizytę u lekarza, mógłbym to zrobić.
Jeśli miałam gorszy dzień i potrzebowałam wsparcia, mogłam zwrócić się do doradców.
Moi uczniowie nie poznali szczegółów, ale wiedzieli, że coś się wydarzyło.
Byli mili, jak to nastolatkowie potrafią być, kiedy im naprawdę zależy.
Nauczanie dało mi na nowo cel, dało mi coś, na czym mogłam się skupić poza traumą i strachem.
Przypomniało mi, że jestem czymś więcej niż tylko tym, co mi się przydarzyło, że mam wartość, umiejętności i że mogę coś wnieść do świata.
Pierwsze urodziny Emmy były słodko-gorzkie.
Zorganizowałem dla niej małe przyjęcie z udziałem moich rodziców, kilku bliskich przyjaciół i kilku członków grupy wsparcia, którzy stali się dla mnie jak rodzina.
Świętowaliśmy z tą piękną, zdrową i szczęśliwą dziewczynką, która osiągała wszystkie kamienie milowe w swoim życiu, która śmiała się i bawiła i wniosła tak wiele światła do mojego życia.
Ale nie mogłem przestać myśleć o wszystkim, co doprowadziło do tego momentu, o tym, jak niewiele brakowało, abyśmy nigdy nie przeżyli tego dnia.
Pomyślałam o Marcusie siedzącym w celi więziennej, który nie obchodzi pierwszych urodzin swojej córki z powodu własnych wyborów, własnej przemocy.
Zastanawiałam się, jakie życie moglibyśmy mieć, gdyby był innym człowiekiem, gdyby był mężczyzną, którego myślałam, że poślubię.
A potem odepchnęłam te myśli, bo nie miały już znaczenia.
Tak wyglądało teraz nasze życie.
Moje i Emmy.
I było to dobre życie, bezpieczne życie, i to się liczyło.
W tym czasie skontaktowała się ze mną Jennifer, pielęgniarka, która nas uratowała.
Za moją zgodą uzyskała moje dane kontaktowe od pracowników socjalnych szpitala i zapytała, czy chciałaby się ze mną spotkać na kawę.
Powiedziałem, że tak.
A kiedy się spotkaliśmy, powiedziała mi, że to, co mnie spotkało, bardzo ją poruszyło, że myślała o nas i zastanawiała się, jak sobie radzimy.
Pokazałem jej zdjęcia Emmy, opowiedziałem o naszym życiu i podziękowałem jej.
Podziękowałem jej za to, że była na tyle mądra i odważna, żeby zrobić to, co zrobiła tamtego dnia, że wiedziała dokładnie, co powiedzieć, żeby złapać Marcusa, że dała mi szansę, której potrzebowałem, żeby powiedzieć prawdę.
Wzruszyła się, powiedziała, że przez 20 lat pracy jako pielęgniarka widziała zbyt wiele kobiet i dzieci straconych z powodu przemocy domowej, że nauczyła się rozpoznawać sygnały i szybko reagować.
Powiedziała, że od razu, gdy zobaczyła moje obrażenia, domyśliła się, co się naprawdę stało, i wiedziała, że nie powiem prawdy, gdy on jest w pokoju, więc musiała znaleźć sposób, żeby go stamtąd wydostać, a jednocześnie mnie chronić.
Zapytałem ją, co powiedziała o automatycznym wysyłaniu zdjęć na policję, a ona się uśmiechnęła.
Powiedziała,
„Fotografujemy obrażenia u pacjentek w ciąży i zgłaszamy podejrzenia nadużyć władzom, ale nie dzieje się to automatycznie i nie jest natychmiastowe, jak to przedstawiłem. Wyolbrzymiłem sprawę, żeby go przestraszyć, żeby myślał, że już został złapany i nie próbował cię zastraszyć ani powstrzymać od mówienia. Chciałem, żeby uwierzył, że nie ma sensu dłużej kontrolować narracji, bo dowody już są w rękach policji. To było ryzykowne, ale zadziałało”.
Po prostu patrzyłem na nią, zdumiony jej szybkim myśleniem, odwagą i gotowością naginania prawdy, aby mnie chronić.
Przechytrzyła mojego oprawcę, zmusiła go do działania i uratowała mi życie swoimi słowami.
Pozostaliśmy w kontakcie i spotykaliśmy się na kawie co kilka miesięcy.
Została przyjaciółką, jedną z niewielu osób, które naprawdę rozumiały, jak wyglądał tamten dzień, które były przy niej w chwili, gdy wszystko się zmieniło.
Drugi rok po narodzinach Emmy był lepszy.
Koszmary stały się rzadsze.
Ataki paniki stały się łatwiejsze do opanowania.
Poznałem czynniki wyzwalające i wypracowałem mechanizmy radzenia sobie z nimi.
Stałem się silniejszy fizycznie i emocjonalnie.
Emma wyrosła na zabawną, słodką i energiczną dziewczynkę, która uwielbiała książki, muzykę i rozśmieszać ludzi. Miała moje oczy i niestety ciemne włosy po ojcu.
Ale za każdym razem, gdy na nią patrzyłem, widziałem tylko ją, nie jego, nie traumę, tylko jej własne, doskonałe „ja”.
Zacząłem wierzyć, że może naprawdę wszystko będzie dobrze, że może mimo wszystko będziemy mogli wieść normalne życie.
Marcusa wypuszczono z więzienia, gdy Emma miała 2,5 roku.
Otrzymałam powiadomienie od służb pomocy ofiarom i strach powrócił.
Wiedziałam, że nie może się do nas zbliżać ze względu na nakaz sądowy, ale sama świadomość, że znów jest na wolności, może się swobodnie poruszać i potencjalnie nas szukać, przerażała mnie.
Podjąłem dodatkowe środki ostrożności.
Zmieniłam naszą codzienną rutynę, upewniłam się, że moi rodzice i szkoła są czujni, trzymałam drzwi zamknięte na klucz i cały czas włączony alarm.
Ciągle oglądałam się przez ramię, podskakiwałam przy każdym nieoczekiwanym dźwięku.
Lęk, z którym tak ciężko pracowałam, powrócił i musiałam zwiększyć liczbę sesji terapeutycznych, aby sobie z nim poradzić.
Ale on nigdy nie przyszedł.
Minęło 6 miesięcy.
Minął rok, a po nim nie było śladu.
Służby zajmujące się pomocą ofiarom przestępstw poinformowały mnie, że przeprowadził się do innego stanu, pracuje, uczęszcza na obowiązkowe programy i przestrzega wszystkich warunków zwolnienia warunkowego.
Jego kurator potwierdził, że nie podejmował prób skontaktowania się ze mną ani dowiedzenia się, gdzie mieszkamy.
I powoli, bardzo powoli zacząłem się znów relaksować.
Może zdałby sobie sprawę z wagi tego, co zrobił.
Może się zmienił, dorósł, zrozumiał, że swoją przemocą zniszczył rodzinę.
Albo może po prostu nie zależało mu na tyle, żeby spróbować być częścią życia Emmy.
Aby zobaczyć pełną instrukcję gotowania, przejdź na następną stronę lub kliknij przycisk Otwórz (>) i nie zapomnij PODZIELIĆ SIĘ nią ze znajomymi na Facebooku.